Może śmieszyć ale... nie musi 
Wczoraj, moi drodzy, poszedłem sobie na randkę. Z dziewczyną. Ładną, zgrabna i miłą.
Czekała na mnie na umówionym miejscu. Daliśmy sobie buzi i nie bacząc na okrutny mróz, podrałowaliśmy z uśmiechem na twarzy do najbliższej pizzerii. Zajęliśmy strategiczne pozycje
I poczęliśmy łypać oczami na kelnerkę, patrząc sobie od czasu do czasu zalotnie w oczy.
Po kilku minutach ufarbowane na jasny blond indywiduum podeszło do naszego stoliczka
I zakomunikowało uprzejmie, że możemy zamawiać.
- Capriciosę poproszę - zaszczebiotała moja najsłodsza, mrużąc słodko oczka i wypinając do przodu klatkę piersiową, aby mały biuścik wydawał się większy.
- Serową! - zażyczyłem sobie, rozkładając łapki na bok, abym wydał się bardziej męski.
Uwielbiam ser! I jestem smakoszem! To prawda! Wyjątkowo wkurwia mnie, kiedy ktoś w bezczelny sposób chce oszukać me kubki smakowe i zrobić ze mnie wała. O jak mnie to wkurwia!!
Uprawialiśmy sobie dalej miłą konwersację, mrużąc oczka, tworząc różne wygibasy rączkami, paluszkami i plecami, aby w oczach partnera wydać się bardziej sexy. Po około dwudziestu minutach stworzenie z włosami koloru obsikanej słomy zakotwiczyło do stoliczka, rzuciło na pokład dwa dzbanuszki z sosami i sztućce. Nie jadłem nic od rana, zatem widok jedzenia spowodował natychmiastową reakcję wygłodzonego żołądka.
- Nie bucz... - zamarudziłem cichutko, głaszcząc się czule po brzuszku - ...zaraz będzie uczta.
Aby wypełnić jakoś czas, rzuciłem jeszcze słodki komplemencik partnerce, spojrzałem na jej zgrabne bioderko, które wystawiła w moja stronę, uspokoiłem chuć, która od razu wlazła mi na głowę i wreszcie doczekałem się.
Jasnowłosa kelnereczka z głupiutkim uśmiechem rzuciła na stół dwa pieczone przysmaki.
"Żreć!" - ryknęło moje wnętrze, a gdybym się nie opanował, to ślina zwisała by mi z pyska jak bezpańskiemu psu, co to waruje przed sklepem mięsnym.
Mmm!... - pomyślałem i odkroiłem sobie pierwszy kęs.
Mmm...- pomyślałem z mniejszym entuzjazmem i odkroiłem drugi.
Mmmm??? - pomyślałem bez entuzjazmu i odkroiłem trzeci.
Zaczęło narastać we mnie wkurwienie. Spojrzałem namiętnie w oczy mej wybranki, gorąc jakaś mi wylazła na twarz, po czym wezwałem jasnowłosą kelnereczkę do stolika.
- Szanowna pani... - zagaiłem, rzucając spojrzenia w biust mej wybranki - ...ja zamawiałem pizze serową, tzn cztery sery, tzn po włosku “Quattro Formaggi” - rzekłem uprzejmie, choć wkurwienie kąsało mnie od środka coraz bardziej.
- Ależ to jest serowa i są cztery sery... - zabełkotało farbowane stworzenie, mierząc mnie nienawistnym spojrzeniem - ...mozzarella, gouda, feta i brie.
Moje wkurwienie sięgnęło zenitu! Kurwa! Jak ja nienawidzę, jak ktoś robi ze mnie wała!
Ale nie mogę przecież zachowywać się tak w obliczu obiektu mych uczuć gorących jak ta zjebana pizza.
Zatem - opanowanie, uprzejmość i dyplomacja.
- Szanowna pani - wykrztusiłem i o mało się nie udławiłem, bo moja wybranka zmieniała sposób siedzenia i pokazała kawałek uda - ...to nie jest mozzarella!
- A co to jest?! - zagdakała źle przerobiona szatynka, patrząc na mnie jak mały Kazio na kacze gówno, w które przed chwila wdepnął bosą stopą.
- To nie jest mozzarella... - powtórzyłem ...to jest jakiś chory niskiej jakości wyciek z brudnych, krowich cycków, zababrany najtańszym chemicznym zagęstniaczem z podrzędnej wytwórni i odrobiną nieczyszczonej soli, uformowany w świńskim korycie i ugniatany brudnymi pazurami chorego na świerzb rolnika, zapakowany w pochodzącą z odzysku z wysypiska folię i udający teraz mozzarelle!!!
- To również nie jest ser brie... - kontynuowałem kulturalnie, wskazując na podejrzanie wyglądająca papkę ... - przecież to wygląda na kocie gówno, wysrane przez starego, piętnastoletniego kocura, który pod nieobecność właścicieli wpierdolił cały litr maślanki, a potem po przyjęciu tak niesamowitej ilości niebezpiecznego pokarmu rozjebało mu jelita. Następnie to pozbierano, pleśnią nie trzeba było infekować, bo kot miał jelita zagrzybiałe od lat czterech, następnie dodano trochę soli, zapakowano do pudełeczka i teraz to znalazło się na mojej pizzy, nokautując me powonienie i zmysł smaku.
- Czy to ma być stopiony ser gouda?- napędzałem się dalej, biorąc na widelec lekko zółtą papkę, śmierdząca starymi skarpetami i spoglądając na coraz bardziej pełną nienawiści i ogłupienia twarz kelnerki - ...przecież to wygląda na sfermentowany mocz bydlęcy, wymieszany ze zjełczałym mlekiem, zagęszczony zatęchłą mąką ze zbożowych odpadów, nasączony sztucznym odorem ze skarpet starego sybaryty, który od dwudziestu lat nie zmienia obuwia i sprzedawany jako ser do skąpych właścicieli podrzędnych pizzerii.
- To również nie jest ser feta... - wyjaśniałem na koniec, czując, jak moje męskie ego w oczach partnerki rośnie, niczym męskość na widok kobiecych krągłości . - Cóż to ma wspólnego ze wspaniałą fetą z greckich łąk? Toż to melasa z baranich jąder, zmiksowanych z wytłokami z cycków starych owiec, zapaprana brudna woda z podrzędnej studni! Takie coś można kupić tylko w Polsce, żeby ogłupiać klientów!
- Dawać tu coś normalnego!! - ryknąłem, bo moje wkurwienie sięgnęło zenitu.
- Moja jest pyszna - powiedziała na to cichutko moja wybranka , podziwiając mą męską agresję.
- Skoro jest pyszna, to dajcie mi taką samą i zabierzcie mi tego niejada z talerza, bo mój pies nie chciałby na to ogonem powachlować - podsumowałem, posyłając namiętny uśmiech w stronę dziewczyny.
Kelnerka zabrała pizze, zaniosła ja do kuchni, z której dotarły jakieś brutalne odgłosy.
Potem wszystko wróciło do normy.
Uprawialiśmy dalej, z moim nowym kochaniem, kunsztowną konwersację.
Nie minęło dziesięć minut, kiedy na stole pojawiła się nowa pizza. Przyniosła ją kelnerka, a obok niej stanął kucharz. Po chwili dołączył kierownik restauracji, również życząc mi smacznego.
- Smacznego! - życzyli mi oboje, uśmiechając się uprzejmie.
- Dziękuję! - odrzekłem, patrząc triumfalnie na partnerkę, w oczach której musiałem w międzyczasie wyrosnęć na prawdziwego bohatera.
Żołądek, który ostatni posiłek spożywał kilkanaście godzin wcześniej coraz głośniej domagał się swoich praw.
- Nie bucz... - powiedziałem mu, licząc że tym razem będzie git.
Dorwałem sztućce i nie patrząc na ciekawskie spojrzenia kelnerki i kucharza, począłem spożywać.
Odkroiłem, spróbowałem, przełknąłem.
O żesz do kurwy nędzy, rypanej na leningradzkim dworcu w mroźną, zimową noc, przez stado niedożywionych ruskich wojaków z 146 dywizji, za cztery konserwy tuszonki!!!
- Szanowni państwo - rzekłem, odkładając na bok sztućce -...skorzystam z tej nadarzającej się okazji, iż jesteście państwo w moim pobliżu.
- Coście tutaj znowu razem napsocili?! - zapytałem, omiatając pełne zdziwienia i zdenerwowania twarze.
- Czy to są oliwki? - zapytałem, ukazując nabitę na widelec czarna kuleczkę
- Czy wyście w swym życiu kiedykolwiek oliwki jedli? - rzuciłem retorycznie, aczkolwiek z politowaniem.
- Przecież to wygląda jak kozie bobki, namoczone w błocie i posypane dla lepszego efektu solą do posypywania ulic. Coś takiego oferujecie mi na kolację?
- A czy to można nazwać szynką? - rzuciłem z kwaśną miną, wymachując łapkami dla lepszego efektu.
- Skąd to macie? Czy to jakiś skąpy rolnik biedaczyna ciężko niedowidzący, starego psa ukatrupił tłuczkiem do schabów, potem z jeszcze żywego zdarł futro, przy pomocy obieraczki do ziemniaków i wędził biedaka nad ogniskiem ze starych opon, podsycanych benzyną , bo się nie chciało palić i dla lepszego aromatu?! A potem wam sprzedał jako pierwszorzędną szynkę?!
- A to co jest? Ppapryka? Przecież to wygląda jak...
Nie dokończyłem, bo poczułem straszny ból w okolicach szczęki i zrobiło mi się czarno przed oczami.
Ocknąłem się kilkanaście minut później.
Leżałem samotnie przed restauracją w podartym ubraniu i z obita twarzą.
Następnego dnia dostałem smsa od wybranki, że więcej się nie spotkamy i że umówila się z kucharzem z tej pierdolonej pizzerii.
Pozdrawiam wszystkich wiellbicieli włoskich podpłomyków 